Zapowiadany niż znad Kanarów jednak dosięgnął mnie swoim ramieniem. Mogłem to przewidzieć, a nie tylko liczyć na swoją szczęśliwą gwiazdę. Taki niż potrafi przemieszczać się z prędkością do trzydziestu węzłów. Dla porównania, dla mnie dziesięć, jedenaście to wartości maksymalne. Patrzę na siłę wiatru, a wskaźnik pokazuje 27, 28, 29 węzłów. Siedem w skali Beauforta. Płynę mocno zarefowany. Drugi ref na grocie i niewielka powierzchnia genuy. Nie do wiary, mimo tego jacht potrafi rozpędzić się do dziesięciu węzłów. W kambuzie stukają źle zaształowane kubki i jakieś słoiczki. Żebym nie wiem jak ształował, porządkował i upychał, zawsze znajdzie się coś, co lata i hałasuje. Przypomina mi się jedno z praw Murphy’ego „Wszystkie szczelne połączenia przeciekają”. Nie ma wyjścia, trzeba to polubić. Powoli budowana przez Ocean boczna fala gwałtownie buja kadłubem. Wiatr wyje na wantach coraz głośniej, a z burty dochodzi nieprzyjemny dźwięk przesuwającego się szota. Spinakerbom podniósł go znacznie i odtąd nie układał się dobrze, trąc po stalowej lince relingowej. Przeprowadziłem go inaczej, ale nie przewidziałem jednego. Po zrolowaniu żagla na sztywnym sztagu, szot oparł się o słupek relingowy. Lepsze to niż tarcie o linkę, która z czasem zapewne przetarłaby go, pocieszałem się. Ale nie byłem swoją pracą zachwycony. Niemniej perspektywa ubrania się nocą w szelki, wpinania do łódki i poprawiania tego teraz, nie uśmiechała mi się. Trudno, poprawię za dnia. Choć nie wykluczałem, że konieczność wyjścia na ten „wygwizdów” i refowanie grota i tak mnie czeka. Takie warunki mamy mieć podobno jeszcze przez trzy dni. Ale co tam. Za trzy dni powoli będę już odmierzał odległość do mety. Dziś mam jeszcze przed sobą około 1700 mil, a za sobą, licząc od Las Palmas 1400. To nie jest największe zmartwienie. Czas, który przede mną na wodzie, można oswoić. Bardziej denerwują mnie sprawy, na które nie mam wpływu, a chciałbym mieć. Stukam się w głowę i głośno komentuję. Co za kapitan od siedmiu boleści. O wszystkim pomyślał. Na łódce, jak to mówię, więcej sprzętu niż talentu, a o tak prozaicznej sprawie zapomniał! Perspektywa, która przede mną, psuła mi humor. Zwłaszcza, że z chwil przeznaczanych na kawę i herbatę uczyniłem prawdziwy rytuał. Na łódce powolutku, acz nieubłaganie kończył się cukier… Czy ktoś się orientuje, gdzie tu w pobliżu jest może spożywczak? Zapytałem głośno, nie bardzo wiedząc do kogo adresuję pytanie. Tak, odpowiedziałem sam sobie, musi pan płynąć dziesięć dni prosto, a potem dwa dni w lewo! No nic… polubimy gorzką herbatę. Od wielu godzin płynę na szerokości północnej dwadzieścia stopni i dziesięć minut, ze średnią prędkością siedmiu węzłów. Jestem na granicy trasy huraganów, które właśnie tą drogą, umacniając się z każdą milą, mkną w kierunku Karaibów. Według niektórych opinii prawdopodobieństwo ich wystąpienia istnieje do końca listopada. Choć prawdopodobieństwo niewielkie, ale jednak. Stąd mój rejs odbywa się trochę za wcześnie. Nie miałem wyjścia, chcę wrócić do radia w grudniu, by zdążyć poprowadzić choć jedną świąteczną licytację. Obiecałem dyrekcji, a poza tym lubię te niezwykłe spotkania ze słuchaczami o dobrych sercach i dobrych gestach. Do historii przeszła między innymi licytacja „niczego”. Korespondent Polskiego Radia w Stanach Marek Wałkuski, z którym rozmawiamy co piątek, podszedł mnie kiedyś chytrze.
-Panie Kubo, pan podobno potrafi zlicytować wszystko… A mógłby pan sprzedać „nic”?
-Jak to nic ?
-Ano tak to – kontynuował redaktor – ja niczego nie przekażę słuchaczom, a pan to sprzeda!
Wierzyć się nie chce, ale ten abstrakcyjny żart wypalił! Zaczęło się istne szaleństwo, a w końcu „nic” udało się sprzedać za sześć tysięcy złotych. Jak zwykle pieniądze zostały przekazane rodzinnym domom dziecka. Rok później rozochoceni nieco sukcesem sprzedaliśmy „coś” i „coś jeszcze”. I jak tu nie spieszyć się do takich słuchaczy? Nigdy jednak nie zaryzykowałbym tego wcześniejszego przejścia Atlantyku, gdyby nie kontakt i opieka routera. Wśród zawodowców, bijących różne rekordy, to rzecz normalna, że mogą liczyć na konsultanta meteorologicznego na brzegu. Dla mnie jednak to jest luksus i bardzo Jackowi jestem wdzięczny. Czuję się raźniej, mając świadomość, że jest ktoś w odległym Bolesławcu, kto patrzy na mapy pogodowe i czuwa. Założyliśmy, że jeśli będzie taka potrzeba, salwować się będę ucieczką. Przy wczesnym ostrzeżeniu o możliwości wystąpienia huraganu, powinna być skuteczna. Choć wiem, że w historii były jachty, które przetrwały przejście przez oko cyklonu, to wolałbym takiego wyczynu nie powtarzać. Wiatr nie odpuszcza. Próbowałem zasnąć, ale na materacu koji czułem się niczym parówka bez łokci, turlana to w jedną, to w drugą stronę. Sen nie przyszedł, a ja obmyślałem plan prac na cały dzień. Po pierwsze inaczej ustawię żagle. Zmniejszę grot, rozwinę trochę przedni. Może wtedy zjawisko tzw. rollingu będzie mniej uciążliwe? Po drugie zreperuję klamkę w drzwiach do kabiny rufowej, która obluzowała się pewnie w skutek trzaskania. Po trzecie coś miłego przygotuję sobie na obiad….

14

Posted:

Categories: Dziennik Skippera

W piątkowe południe na awaryjny telefon dostałem instrukcję działań, które mają doprowadzić telefon podstawowy do stanu używalności. Nie bardzo już chciało mi się wierzyć, że to się uda. Instrukcja brzmiała: zresetować moduł systemu. Łatwo powiedzieć… Przykręcony na amen pod siedziskiem nawigatora, gdzie w dodatku ciemno jak w grobie. I szukaj teraz człowieku maleńkiej dziurki z boku obudowy, która jest kluczowa w całej operacji. Upał dawał się we znaki, a ja mozolnie wykręcałem śrubkę po śrubce. Normalnie cisnąłbym tym modułem niczym pudełkiem czekoladek za burtę, ale perspektywa lepszego kontaktu z lądem jednak nęci. Poza tym przy całej sympatii, mam jednak świadomość własnych niedomagań technicznych. Czy poradzę sobie? W końcu mam to cudo techniki. Jest i dziurka o przekroju zbliżonym do szpilki. Nie wierząc w końcowy sukces pakuję do środka drucik. Zgodnie z zapowiedzią intensywnie miga dioda, a ja patrzę z ciekawością na telefon. Szuka satelity i… działa!!! Aż krzyknąłem z radości. Kochany Wojtek z NavSimu, któremu chciało się w tej sprawie obdzwaniać pół świata! (czy ja właśnie wyznałem miłość facetowi?) W końcu w centrali Inmarsat przypomnieli sobie, że notowali przypadki zawieszenia urządzenia na skutek spadku napięcia. Mam łączność, mam pogodę i mam czat z Jackiem! E, no to teraz mogę tu mieszkać i pół roku. Na dodatek w tym samym momencie zadzwonił Wiesiek Pieregorólka z pozdrowieniami. Aż się uśmiechnąłem do całego świata…

Dziś spojrzałem na zegar rejestrujący osiągi łódki i siłę wiatru. Nawet nie wiem kiedy komputer pokładowy odnotował 29 węzłów wiatru rzeczywistego. Jest jak wiadomo i pozorny, powstający w wyniku nałożenia się dwóch prędkości, łódki i wiatru. Ze zdumieniem spojrzałem na rekord prędkości. 10.1 węzła! Żegluję naprawdę dobrym jachtem, który mam wrażenie coraz lepiej znam. Nie reaguję już nerwowo na każdy zgrzyt, każdy stukot. Znam te dźwięki i wiem z czego wynikają. Delphia Trójka została specjalnie przygotowana przez przyjazną mi stocznię w Olecku. Już na etapie produkcji pomyślano o tej wyprawie i wprowadzono zmiany, które podniosły standard i autonomię pływania. Przede wszystkim mam podwójne zbiorniki paliwa. Mogę zatem zabrać 260 litrów ropy. Niezależnie od tego wyruszając z Las Palmas zaopatrzyłem się w 160 litrów paliwa, które wiozę w kanistrach. Na pokładzie mam dwa autopiloty, jeden elektroniczny, drugi hydrauliczny. Mogą działać przemiennie, co istotne niezależnie od siebie. Za namową i dobrą radą Krzysztofa Baranowskiego na łódce mam również samoster. Wspaniałe urządzenie działające bez prądu, które wykorzystuje kąt i siłę wiatru. Moja Trójka ma zamontowane dwa alternatory. Tak na wszelki wypadek, gdyby jeden przestał ładować akumulatory. Dodatkowo pożyczyłem od Jarka benzynowy generator prądu. Historyczny, bo przemierzył z nim Atlantyk w regatach TransAt. Jak historia pokazała przydał się i to bardzo. Delphia Trójka ma zdublowany system potężnych akumulatorów. No, ale z drugiej strony mam co zasilać. Dość szybko pochłaniający prąd okazał się telefon satelitarny. Niemało pobierają dwa komputery, których używam. O standardowym wyposażeniu nie wspominając. Obliczyłem, że muszę co dwa dni odpalić silnik by ładować akumulatory. Staram się połączyć miłe z pożytecznym i robię to wówczas, kiedy wokół flauta. Choć gdy dmucha silnik pracuje na jałowym biegu, tak by nie pomagać w żegludze. Mam już w zwyczaju oszczędzanie prądu. Lodówkę włączam od czasu do czasu, a w związku z tym muszę ją czasem myć. Fantastycznym rozwiązaniem jest ciepła woda z octem. Nie wiem czy lodówce odpowiada jabłkowy, ale ja akurat taki mam. Takie przemywanie pochłania wszelkie zapaszki i działa dość długo. Co kilka dni robię również generalny przegląd w lodówce. Ze względu na to, że nie zawsze jest tam bardzo chłodno od czasu do czasu znajduję coś z czym muszę się rozstać. Nie jest to takie proste. Płaczę nad każdą puszeczką z resztkami, których zapach i konsystencja jednak wskazują na plan ukatrupienia mnie. Bardzo przeżyłem moment pożegnania paprykarzu szczecińskiego. Tym bardziej, że rzadko gości na moim stole. Jedyne co mnie pociesza w takich sytuacjach, to radość ryb, które zapewne przyzwyczaiłem już do rozpusty. Jakbym słyszał te rozmowy podwodnej gawiedzi, której z radości wychodzą oczy z makijażu.
„Czy nie za bardzo oddalamy się od domu, kochanie? Płyniemy za tą łódką już trzeci dzień…”
„Ależ moja duszko, nie co dzień zdarza się wariat, który wyrzuca prawie świeżutki paprykarz! Nie jadłem tego od czasu, kiedy przepływał tu „Sołdek”!”

Łódka cichutko sunie przez Ocean. Czasem mam wrażenie, że nie dotyka wody, że razem jesteśmy w jakiejś przestrzeni, w której nie płynie się a szybuje. Znam nawet powód tego wrażenia. Skończyło się kolebanie genuy, od kiedy założyłem spinakerbom. Na pełnych kursach sprawuje się świetnie. Dzięki temu rozwiązaniu wreszcie utrzymuję właściwy kurs 260, 270 stopni. Jeśli wiatr nie zmieni się, nie zacznie skręcać niekorzystnie, ten kurs zaprowadzi mnie prosto na Gwadelupę. Ale prawdę powiedziawszy, skłonny jestem przypuszczać, że wiatr jeszcze mnie zaskoczy. Przede mną, jak to zwykle w tym miejscu na Atlantyku bardzo długa noc….

Pozdrawiam z bezkresu,
Śmiałek

7

Posted:

Categories: Dziennik Skippera

No to najadłem się strachu! Za bardzo (jak to mawia Jacek) „rozluźniłem pośladki” i ocean szybko dał mi odczuć, że nie jestem tu tylko dla przyjemności. Zaczęło się od porannego pożaru. Nie, żeby tam jakieś płomienie, ale poczułem zapach nie taki jak trzeba. W pierwszej chwili pomyślałem o moich rybich zwłokach, które znalazłem dzień wcześniej. Ale unoszący się zapach zbyt mocno zajeżdżał cywilizacją. Jakiś czas nie mogłem go rozpoznać, dopiero dym nad stolikiem nawigacyjnym wyrwał mnie z zadumy. No dobra…trochę przesadziłem. Niech będzie dymek, dymeczek niosący swąd topiącego się polimeru syntetycznego, zwanego potocznie plastikiem. Pierwsza myśl… „gdzie mam gaśnice”! (publikuję zdanie oczywiście po sporej cenzurze). Stwierdziłem jednak, że byłaby to nieadekwatność użytych środków do zagrożenia. W końcu jestem już prawie wilkiem morskim 😉 i znowu przesadziłem… niech będzie wilczkiem. W końcu postanowiłem zwyczajnie wyłączyć na tablicy bezpieczników zasilanie gniazda 12V. Źródłem swądu okazał się rozdzielacz, do którego był podłączony komputer nawigacyjny. A właściwie to, co z rozdzielacza zostało. Zadowolony z przeprowadzenia sprawnej akcji gaśniczej oddałem się przyjemności wypicia kawy licząc, że wyczerpałem na dziś limit awarii. O! w jak wielkim błędzie byłem pijąc tę kawę i puchnąc z dumy ze swojej sprawnej akcji ratowniczej. Bardzo szybko, po raz kolejny z resztą przekonałem się, że machinalne wykonywanie pewnych czynności, mści się okrutnie na nieświadomym niczego Śmiałku. Podczas akcji gaśniczej coś tam zaczęło wyć na wskaźniku tablicy, więc nacisnąłem to coś, żeby się wyłączyło i nie utrudniało akcji. Mój ruch był brzemienny w skutki. To coś okazało się bowiem alarmem rozładowania akumulatorów. Kiedy zaczęły się po kolei wyłączać urządzenia elektryczne, postanowiłem sprawdzić moje zasoby prądowe. Okazało się, że są mocno niedostateczne, a alarm sprzed kilku godzin informował już o krytycznym poziomie napięcia w akumulatorach. Należało działać! Spokojnym krokiem zabrałem kluczyki stacyjki uruchamiania silnika. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że ten ani drgnie. Po raz pierwszy na karku poczułem jeżące się włosy, potężny ocean dał mi prztyczka w nos pokazując, gdzie ma moją „wilczomorskość”. Na szczęście, jeszcze w Gdańsku, przećwiczyliśmy taką ewentualność. Po chwili paniki i niczym nieskrępowanego strachu, wytargałem na pokład ręczny generator, który załatwił mi Jarek, przypomniałem sobie szkolenie Jacka z Villamury jak się to to odpala i błogosławiłem Zdzicha ze SMARTA, że dał mi profesjonalny konwerter 220 na 12V. Po chwili słychać było na oceanie pyrkoczący agregat prądotwórczy, pompujący prąd do akumulatora rozruchowego. Po raz kolejny przypomniała mi się historia o zapałkach, porządku i tonącym jachcie. Ocean rzadko wybacza takie błędy… Muszę mieć jakieś fory Tam na górze, że tym razem mi odpuścił…

13

Posted:

Categories: Dziennik Skippera

… Moje podstawowe zbiorniki wody zawierały 320 litrów. Dziś mam już tylko 230. Trzeba zapomnieć o kąpieli w ciepłej wodzie słodkiej, a przeprosić się z wodą oceaniczną. Woda ze zbiorników posłuży zatem tylko do picia i przygotowywania posiłków. Nie martwię się na zapas, bo na pokładzie zasztauowałem dodatkowo około 150 litrów wody mineralnej. To pyszna Kryniczanka, na specjalne okazje. Taka okazja to obiad w postaci zupy liofilizowanej. Warto przygotować ją na pysznej wodzie. Firma Lyofood przekazała mi kilkadziesiąt posiłków pod postacią zup kremów i dań drugich.Czegóż tam nie ma…Strogonoff, gulasz z kaszą, potrawka meksykańska, kluski z rozmaitymi sosami. Zawartość torebki zalewa się wrzątkiem. A po dziesięciu minutach gotowe! I proszę mi wierzyć,naprawdę dobre. Co ważne takie jedzenie jest pożywne i z pewnością nie zepsuje się. A zatrucie w tych okolicznościach może okazać się nie lada kłopotem.

Przed chwilą podjąłem próbę umycia się nowym sposobem. Mój Boże kochany. Skoro ostatni będą pierwszymi to ja już mam bilet w pierwszym rzędzie pierwszej klasy! O sposobie nie mówiłem? Jest tak. Najpierw podejmuję próbę wyjęcia wiaderka z bakisty. Bakista to rodzaj wielkiej szuflady na rufie jachtu z klapą u góry.Tę klapę koniecznie trzeba trzymać bo potrafi być groźniejsza od deski w toalecie. Groźniejsza bo nie bawi się w detale, ale od razu przytrzaskuje głowę. Wiem co mówię. Nie przypadkiem mam spłaszczone lewe ucho, a i tak to był łagodny wymiar kary. Nie „hi, hi ,hi”, tylko przepisujcie takie rzeczy, bo ja wiecznie żył nie będę. Tak więc klapę trzymamy, a pozostaną ręką chwytamy wiadro. Wiadrem należy nabrać wody oceanicznej, ale ostrożnie bo potrafi wyrwać rękę w stawie, co oczywiście nie jest końcem świata, ale  powszechnie wiadomo, że prościej myć się dwiema. Ostrożnie stawiamy wiaderko, najlepiej w toalecie, bo jak się woda „wychlupie” to nie będzie problemu. Pozostajemy cały czas na szeroko rozstawionych nogach, bo jak nas bujnie to i wody nie będzie i sprawności ku myciu. Nie należy zrażać się faktem, że mydło kompletnie się nie pieni. Że woda spływa po nim jak po kaczce. Dajemy odpór prawom chemii i twardo obstajemy przy swoim. Wcześniej należy zrobić rachunek sumienia i jasno ustalić co myjemy. Co wymaga pierwszej oblucji… Polecam system rotacyjny. Zatem jeśli dziś uszy i nogi, to na przykład jutro kolana i łokcie. No, chyba że zdarzyło się coś wyjątkowego i jakaś część ciała musi wskoczyć poza kolejnością. Dajmy na to upapraliśmy buzię  kawiorem. Trudno, gęba ma w tym przypadku pierwszeństwo. Przy tym wszystkim nie napiszę, że woda wydaje się dość chłodna, bo w tych okolicznościach to naprawdę drobiazg.

www.rejskuby.pl

7

Posted:

Categories: Dziennik Skippera

Komunikat 21

Ocean Atlantycki – 24.11.2012. – Pobierz komunikat jako PDF
Trwa 11ta doba samotnej żeglugi Kuby przez Atlantyk

© Wszelkie przedruki i cytowanie informacji z Komunikatów Rejsu – nieodpłatnie wyłącznie za podaniem Źródła: RejsKuby.pl  (UWAGA: powyższa informacja dotyczy także Polskiego Radia S.A., zarówno relacji antenowych jak i portalu)

24.11.2012 r. sobota – Atlantyk, z pokładu jachtu s/y Delphia Trójka:

Kuba Strzyczkowski 10 dni po opuszczeniu Las Palmas pokonał już ponad 1/3 z zakładanej trasy samotnej i prawie połowę licząc całą trasę Rejsu Szlakiem Kolumba.  Przed jachtem Delphia Trójka jeszcze ok. 2,000 mil morskich na Gwadelupę (ponad 3,700 km.), licząc najkrótszą drogą. Obecne dzienne przebiegi są zadawalające, ale zmienne wiatry i cisza na początku etapu zmuszają do zmiany planowanego terminu zakończenia Rejsu Kuby, z planowanego 6-7 grudnia, na ok. 10-12 grudnia 2012.

W ramach Rejsu „Szlakiem Kolumba”, z Portugalii, przez Las Palmas, na Gwadelupę, Kuba przepłynął już ok.1,850 mil morskich (ponad 3,400 km.), z czego we dwójkę z Jarkiem Kaczorowskim 690 mil morskich (prawie1,300 km.), a samotnie od Las Palmas ok. 1,150 mil morskich (ponad 2,140 km.). Średnia prędkość samotnej podróży: ok. 4,8 węzła (ok. 9 km./h), średnia dobowa ok. 115 mil morskich (215 km.).

Przekaz satelitarny Kuby z pokładu jachtu:

Ukłony z jachtu Delphia – Trójka. Bardzo dziękuję za wszystkie maile i dowody sympatii przekazywane mi za pośrednictwem Zespołu Brzegowego Rejsu i podczas łączności ze studiem radiowej Trójki. Dziękuję także za odwiedzanie naszej strony www.RejsKuby.pl. Cieszę się, że kilkudniowe kłopoty z łącznością satelitarną były przejściowe i teraz wszystko już działa. Na horyzoncie w dalszym ciągu nie widzę żadnych statków. Jedyni „goście” to latające ryby. Zmienne wiatry wymagają kilka razy na dobę pracy – przy zwiększaniu i zmniejszaniu powierzchni żagli (refowaniu), ale coraz bardziej to lubię. Jacht sprawuje się doskonale. Cały czas jestem pod wrażeniem chwilowej prędkości kilka dni temu gdy żeglowaliśmy 10, 1 węzła (ponad 20 km/h.), to spory wyczyn dla tego jachtu i jego załogi. Trochę tęsknię, ale przecież jestem w stałym kontakcie, codziennie ze słuchaczami Trójki oraz w każdą sobotę po 15ej z widzami TVP Info i dwa razy dziennie z moim Zespołem Brzegowym. Samotny Rejs to jednak praca całego Zespołu. Ja na oceanie, a oni w Bolesławcu, Gdyni i Warszawie. Oszczędzam słodką wodę, coraz bardziej doceniając smak Kryniczanki… Kuba”.

Według głównego nawigatora Rejsu Kuby – Jacka Pietraszkiewicza – utrudnienia w automatycznej lokalizacji jachtu i łączności telekomunikacyjnej zostały już wyeliminowane. Po wielu próbach udało się ponownie re-startować terminal i antena satelitarna jachtu Delphia Trójka nadaje już z całą mocą i znów jest zalogowania do systemu satelitów telekomunikacyjnych INMARSAT. Dzięki przywróceniu pełnej łączności Kuba ma już stały dostęp do satelitarnych map pogodowych i może na bieżąco planować trasę w oparciu o dostarczane prognozy meteo. Korzystniejsze niż zakładano warunki pogodowe, pozwoliły na korektę trasy. Obecnie Kuba zrezygnował z kursu bardziej na południe i żegluje już najkrótszą drogą na Gwadelupę. Na mapach płaskich (takich jak na stronie RejsKuby.plnajkrótsza droga nie jest linią prostą, a lekko wypukłą w kierunku bieguna północnego (na półkuli północnej). W sobotę Kuba osiągnął już tzw. wierzchołek ortodromy i kontynuuje rejs drogą wprost do celu, uwzględniając kierunek wiejącego wiatru.

Zdaniem szefa żeglarskiego Rejsu Kuby – kpt. Jarka Kaczorowskiego –  jak dotąd rejs przebiega według najbardziej optymistycznego scenariusza, jedna trzecia trasy została już pokonana bez większych problemów. Kuba jest w dobrej formie psychicznej i fizycznej i nie odniósł żadnej kontuzji, o co w samotnej żegludze jest łatwoŁódka sprawuje się doskonale – nie tylko dlatego, że jest dobrze przygotowana, ale również dlatego, że Kuba potrafi ją bezawaryjnie obsługiwać. Długie godziny treningów dają teraz owoce.

 

4

Posted:

Categories: Komunikaty

Czy pisałem już, że życie samotnika na łódce nie jest proste? Proszę zwrócić mi uwagę, gdybym się powtarzał ….Ciekawe …przeczytałem wiele książek znakomitych żeglarzy, podróżujących samotnie. Wspaniale opisywali życie na jachcie, dzielili się troskami, obawami, ale także radościami, sukcesami. Potrafili w bardzo oszczędny sposób pisać o swoich wyczynach, bez zbędnej emfazy. A przecież często walczyli o życie i dokonywali rzeczy niezwykłych. Opowiadali o żegludze, o tym jak radzi sobie jacht, albo co przygotowali na obiad.

A skoro o obiedzie mówimy … Nie spotkałem opisów i wrażeń dotyczących spraw może mało romantycznych, ale nieodparcie związanych z naszą codziennością czy to na lądzie, czy na morzu. Przy czym na morzu „te sprawy” z racji trudności natury obiektywnej mogą urosnąć do rangi wydarzenia! Jak zapewne Państwu wiadomo produkt uboczny przemiany materii człowieka znany jest ludzkości od zawsze. Jak być może Państwu nie wiadomo, na łódce jest on gromadzony i przechowywany w specjalnych zbiornikach, a zawartość określana jest przez żeglarzy mianem „black water”. Przy czym zatrzymuje się produkt nie tyle na pamiątkę co na okazję. Okazją jest natomiast żeglowanie po otwartym morzu, kiedy to zawartość wpuszczana jest do wody. Proszę mi wierzyć prawie bezkarnie dla ekosystemu. Zasolenie na ten przykład Atlantyku jest na tyle duże, że śladu po tym nie ma. Nie zostaje kamień na kamieniu!  A w zasadzie grudka na grudce… Napisałem „prawie”, prawda? Otóż jest niestety dziura w całym. Naukowcy zauważyli, badając zawartość mięsa ryb, podwyższoną obecność wszelkiej maści antybiotyków. A właściwie pozostałości po nich. W innej już nieco postaci trafiają na nasze stoły. W przyszłości może to skutkować odpornością wirusów, na znane ludzkości leki, które po prostu przestaną działać. Jaki z tego wniosek? Za dużo jemy i za bardzo… jesteśmy rozrzutni w kwestii składowania śladów naszej spożywczej działalności! Wracając do naszych baranów, jak powiadają Francuzi… Całe życie matka instruowała syna o konieczności i obowiązku podnoszenia deski w toalecie podczas dokonywania jednej z dwóch czynności, które mamy do wyboru. I trzeba to jasno powiedzieć, odniosła sukces. Nauczyła! Tyle tylko, że w przypadku korzystania z toalety łódkowej czerpanie z matczynych nauk może doprowadzić do śmierci lub trwałego kalectwa! Przekonałem się o tym wielokrotnie, kiedy to tuż obok mojej forpoczty męskości przelatywała deska z siłą katowskiego toporka. Przechyły i bujanie bowiem to codzienność na jachcie. Wprawdzie nauczyłem się szlachetnej sztuki uniku, ale na Neptuna ile razy można mieć szczęście? Jak to w ruletce, może się odwrócić, a wtedy powrót do stanu wyjściowego może być szalenie trudny! Nie chciałbym aby brzmiało to jak przechwałka, ale straty mogą być niepowetowane! Nauczony doświadczeniem, grzecznie nauczyłem się siadać. Codziennie dziękuję za tę okoliczność, która zmusiła mnie do takiego rozwiązania. Dzięki temu dokonałem zjawiskowego odkrycia, które na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Otóż nie wiem czy w skutek przypadku, czy też sprytnej myśli konstrukcyjnej tuż nad moim siedziskiem znajduje się otwór jachtowej instalacji grzewczej. Efekt jest taki, że nie dość, że nie zmagam się z zamachami na to i owo, to na dodatek komfort procesu wzrósł niepomiernie! Gorąca deska to na łódce naprawdę rzadkość, nawet na jachcie Abramowicza. To już nie jest konieczność ani obowiązek. To już nie jest czynność prozaiczna. To poprawa bilansu cieplnego częstokroć zmarzniętego skippera. To poszerzanie wiedzy! Bo okoliczności sprzyjają lekturze. Zatem jeśli ma się pod ręką numer miesięcznika „Żagle” szczęście naprawdę trudne jest do opisania. Zwłaszcza, że pod drzwiami nie stoi kolejka dziwnie zniecierpliwionych. No po prostu sam sobie zazdroszczę…

a co tam u Was? Wszystko dobrze?

5

Posted:

Categories: Dziennik Skippera

21 listopada, środa, późne popołudnie.
Od kilkunastu godzin płynę wzdłuż równoleżnika 20°27’.Wiatr do 23 węzłów, zatem 6 w skali Beauforta. Nie patrząc na wskaźniki wiem, że jest tyle, bo Delphia Trójka daje znak. Na wantach zaczyna gwizdać wiatr. Ciekawe, pan Beaufort określił swoją skalę do dwunastego stopnia. Gdzie na przykład sześć stopni, to silny wiatr a dwanaście to huragan podczas, którego na morzu nie widać nic z powodu pyłu wodnego szalejącego wokół. Widocznie doszedł do wniosku, że większa skala nie jest potrzebna ludzkości, bo każdy rozsądny przedstawiciel gatunku siedzi na brzegu podczas huraganu, a nie włóczy się po morzu. Choć Bóg tylko raczy wiedzieć gdzie wówczas jest bezpieczniej. Tymczasem mamy różnych przedstawicieli gatunku. Załoga Warty Polpharmy z kapitanem Romanem Paszke, żeglująca podczas regat The Race, odnotowała 70 węzłów wiatru. Skala pana Beauforta skończyła się… Dlatego też żeglarze często podają siłę wiatru w węzłach. To jest zdecydowanie bardziej precyzyjne. Wybiegłem na pokład by zarefować żagle. Wiatr wzmaga się i ma już 26 węzłów. Kiedy wiatr przybiera na sile bezpieczniej jest nosić żagle o mniejszej powierzchni. Lepiej przesadzić z niedożaglowaniem niż odwrotnie. Zawsze na czas prac w kokpicie i gdy wybieram się na dziób wkładam szelki alpinistyczne. Zastanawiałem się nad kapokiem, ale na co komu kapok gdy nie ma nikogo kto zawróci. Samotnik musi wpinać się do łódki. Czasem wystarczy jedna zdradliwa fala, jeden przechył i śmiałek ląduje za burtą. A powrotu nie ma… Bardzo istotna jest długość smyczy, którą się posługujemy. Nie może być za krótka, bo wtedy nadto krępuje ruchy. Nie może też być za długa, bo kiedy wpadniemy do wody, może być problem z wciągnięciem. Historia zna przypadki żeglarzy ciągniętych przez jacht na długiej linie. Takiej próby nikt nie przeżyje, a przyciągnąć się do łódki z powodu oporów wody, nie sposób. Niegdyś próbowałem utrzymać linę holowaną przez motorówkę. Zaciśnięte palce same odginają się wbrew naszej woli.
Minęła dziewiętnasta. Siedząc przy stoliku nawigacyjnym spojrzałem przez okno za którym zapanowały kompletne ciemności. Włączyłem światła nawigacyjne na burcie. Mam do wyboru dwa rodzaje.Te na burcie i te zintegrowane na topie masztu. W zależności od zafalowania używam jednych, albo drugich. Przy dużym zafalowaniu, te umiejscowione na burtach są przykrywane przez fale i słabo widoczne. Za to te na szczycie masztu widać z odległości nawet ośmiu, dziewięciu mil. Wspaniały żeglarz Kazimierz „Kuba” Jaworski, podczas słynnych regat Ostar’76, w trudnych warunkach włączał na topie światło stroboskopowe. To wbrew przepisom określającym sposób oznakowania jachtu, ale za to był widoczny z daleka. Wychodził zapewne z założenia, że po pierwsze muszą cię zobaczyć, a po drugie dopiero mogą grymasić cóż to za światła nosisz. Troszkę trudu to kosztowało, ale zaopatrzyłem się w profesjonalną latarkę stroboskopową. I co? I nie zawaham się jej użyć! Jeśli będzie taka potrzeba wciągnę na fale, aż na sam czubek masztu. Wiatr nie ustępuje. Takiej nocy jeszcze nie miałem dlatego postanawiam założyć drugi ref na grocie. Zmniejszanie powierzchni na noc, kiedy widać słabiej to dobra praktyka. Na sztagu zawijam również genuę tak, że jak mawiają żeglarze została tylko „chusteczka”. Przez chwilę obserwuję zachowanie i prędkość łódki. Przechył raptownie zmalał, za to prędkość… nie zmieniła się. Jeszcze jeden argument za tym, aby się refować. Jest bezpieczniej i wcale nie wolniej.
Odkąd utraciłem możliwość korzystania z satelitarnego telefonu stacjonarnego, kontaktujemy się z Jackiem Pietraszkiewiczem za pomocą telefonu ręcznego. Nieco wolniej łączy się z satelitą, ale działa. Wysyłamy SMS-y, po kilkanaście razy dziennie. Aż boję się myśleć o rachunku, który nadejdzie. Ale nic to…. Mam dzięki temu aktualną prognozę pogody i garść krótkich informacji z Polski. Jacek napisał „nie szalej”, bo rzeczywiście ostatnią dobę Delphia Trójka płynęła koncertowo. Udało się pokonać 121 mil Oceanu. Sporo wskazuje na to, że ta następna nie będzie gorsza. A może pokusimy się o nowy rekord?

0

Posted:

Categories: Dziennik Skippera

No tak, to ja mogę żeglować! Wiatr 20 węzłów, prędkość łódki od 6 do 7 węzłów. Fasolowa po cichutku pyrka na kuchence. No żyć nie umierać! W dodatku postanowiło do mnie dziś zajrzeć słońce. W końcu sobie o mnie przypomniało. I wszystko byłoby super, żeby nie ten mój wredny zespół brzegowy, który akurat dzisiaj sobie wymyślił, że będziemy płynąć po ortodromie. Nie żebym nie wiedział co to jest, ale wyłączyłem już głowę od tych skomplikowanych rachunków. No bo czy ktoś pamięta jak liczy się wzory semiversusowe? Czy oni sobie na tym lądzie wyobrażają, że ja nie mam co robić? Przecież muszę znaleźć tego co kaszle w „dziobowej”. Sposób na tabletkę nie zadziałał. Wieczorem zostawiłem pigułkę i rano leżała tam gdzie ją zostawiłem. Na szczęście przestałem słyszeć dzwony na rufie. A fasolowa na Kryniczance pyrka i pachnie… Dobra. Zabieram się za tą ortodromę. Ktoś wie jak się liczyło semiversus kąta? 😉

Śmiałek

13

Posted:

Categories: Dziennik Skippera

Komunikat 20

Ocean Atlantycki – 19.11.2012. – Pobierz komunikat jako PDF
Rozpoczęła się piąta doba samotnej żeglugi Kuby przez Atlantyk

19.11.2012 r. poniedziałek – 10.00 UTC. Z pokładu jachtu s/y Delphia Trójka:

Zdjęcie © „Kuba Strzyczkowski Delphia Trójka – samotny rejs przez Atlantyk Fot. P. Kaja – MediaPartners.pl dla RejsKuby.pl”

Kuba Strzyczkowski 5 dni po opuszczeniu portu w Las Palmas osiągnął trawers przylądka Cabo Corveiro na zachodnim brzegu Afryki. W samotnej żegludze pokonał już ponad 560 mil morskich (ok. 1050 km). Aktualna przeciętna prędkość jachtu Delphia Trójka w dotychczasowej żegludze to 4,6 węzła (ok. 8,5 km/h). Do Wysp Zielonego Przylądka (Capo Verde) Kuba ma jeszcze ok. 340 mil morskich. Wg planu jacht Delphia Trójka powinien minąć te wyspy lewą burtą, za około 3 dni, w odległości ok. 150 mil morskich (ok. 280 km.) i skierować się na zachód w kierunku Wysp Karaibskich.

Przekaz satelitarny Kuby z poranka 18.11.2012:
Pozdrawiam z pokładu jachtu Delphia – Trójka. Pomimo, mam nadzieję, przejściowych kłopotów z telekomunikacją, codziennie czuję się lepiej i pewniej. W wolnych chwilach pisze dziennik – fragmenty przesyłam do „blogu skippera” na stronę Rejs.Kuby.pl. Wczoraj nie udało się wysłać relacji do Trójki – tel. satelitarny nie łączy, za słaby sygnał, za gęste chmury – poczekamy na lepsza pogodę. I nadrobimy… U mnie wszystko OK. Już 3 dzień nikogo na horyzoncie. Pozwalam sobie na sen. oczywiście w krótkich partiach. Ale wystarczy. Nareszcie jestem wyspany. Trochę tęsknię, ale to raptem jeszcze tylko dwa – trzy tygodnie! Damy rade! Teraz marzę o słońcu! Pogoda tutaj taka bardziej „bura”. Grube chmury i deszcze. Oszczędzam słodką wodę, najpierw kąpiel w kubełku morskiej wody, ale mydło się nie pieni. Potem prysznic w deszczu…. Kuba”.

Według analizy głównego nawigatora Rejsu Kuby – Jacka Pietraszkiewicza – w pierwszej dobie rejsu Kuba napotkał kilkunastogodzinną „ciszą wiatrową” ok. 100 mil morskich na południe od Wysp Kanaryjskich, ale od sobotniego wieczoru żegluje już w stałym pasacie, z daleka od uczęszczanych torów wodnych. Najbliższe 3 doby nie zmienią jego sytuacji. Wiatr stały z kierunku północno-wschodniego o sile od 14 do 19 węzłów (ok. 30 km/h.). Do najbliższego piątku, 23.11. – prognozy meteo zapowiadają bardzo pochmurne niebo, ale bez deszczu. Temperatura od 18 do 25 stopni C. Trwające już drugą dobę utrudnienia w automatycznej lokalizacji jachtu i brak pełnej łączności telekomunikacyjnej zostały potwierdzone przez Inmarsat i Stratos. Wg operatorów satelitów „stacja nadawcza jachtu Delphia Trójka – jest widoczna przez satelity geostacjonarne nad Atlantykiem, ale za słaby sygnał nie pozwala zalogować się do systemu”. Nad rejonem żeglugi Delphi Trójki zalegają bardzo gęste chmury.

Zdaniem szefa żeglarskiego Rejsu Kuby – kpt. Jarka Kaczorowskiego – jacht Delphia Trójka jest doskonale wyposażony do samodzielnej nawigacji, a Kuba dobrze wie jak się nim posługiwać. Dlatego ograniczenia w komunikacji nie stanowią żadnego zagrożenia rejsu. Jednak jacht płynie nieco wolniej niż zakładano i dlatego planowane przybycie na Gwadelupę może opóźnić się o kilka dni.

Przypominamy, że od rozpoczęcia żeglugi „Szlakiem Kolumba” czyli od 08 listopada 2012 na stronie RejsKuby.pl skipper Strzyczkowski pisze swój własny blog pod nazwą: “Dziennik Skippera” – współprowadzony z Joanną Musiał. – Zapraszamy do lektury codziennych obserwacji i przemyśleń Kuby!

© Wszelkie przedruki i cytowanie informacji z Komunikatów Rejsu – nieodpłatnie wyłącznie za podaniem Źródła: RejsKuby.pl

0

Posted:

Categories: Komunikaty

Zły jestem dzisiaj i tyle. Ale tak pozytywnie zły. Nawet nabuzowany. Zaczynam rozumieć prawdziwych samotników. Kontakt z Jackiem to 160 znaków. Wiecie ile informacji można przy odrobinie sprytu przekazać w 160 znakach? To teraz główny kontakt ze światem. Pozycja, pogoda, kilka słów od mojej Gosi… Oczywiście można też fonicznie, ale trochę drogo wychodzi… A tu dopiero 10% trasy. Mam nadzieję, że jutro chłopaki z Bolesławca staną na rzęsach i łączność powróci. Wyspałem się. W końcu statki gdzieś sobie w swoją stronę popłynęły. Spałem całą noc w 30 minutowych kawałkach. Rano niedzielne, pyszne śniadanko. Wiatr chyba wyczuł, że nie mam ochoty do zabawy i uspokoił się. Wieje od 24 godzin z jednego kierunku. Trochę z nudów chciałem go zaczepić. Zrobiłem książkową rufę. Ale teraz on miał to w nosie. Obrażalski! Jacek mówi, że jutro też tak będzie. Chyba zacznę pisać książkę. Tylko dziś tak trochę samotnie się czuję i taki opuszczony. Ale jutro to ja wszystkim pokażę!

Śmiałek

8

Posted:

Categories: Dziennik Skippera

Organizatorzy Rejsu dziękują Sponsorom za wsparcie i zaufanie, Partnerom za pomoc, i Przyjaciołom za zaangażowanie.
Dziękujemy także Radiowej Trójce (PR S.A. III), TVP Info oraz Redakcji ŻAGLI - naszym Patronom Medialnym za współpracę.
Bez nich ten projekt nie mógłby powstać.

Sponsorzy:
EXTRAL Aluminium, DELPHIA YACHTS, Spółdzielcza Grupa Bankowa, NAVSIM, Uzdrowisko Krynica-Żegiestów S.A. producent wody mineralnej KRYNICZANKA, miasto BYDGOSZCZ organizator Festiwalu STER NA BYDGOSZCZ

Partnerzy:
Przychodnia ALCOR, Portal pogodadlazeglarzy.pl, Towarzystwo Promocji Ryb Pankarp.pl, Agencja Rynku Rolnego, LYO FOOD, CODE ZERO, GARMIN oraz SMART

Przyjaciele Rejsu:
Firma SMART, Firma KNAP, Firma TWINS, Polski Związek Żeglarski (PZŻ), Kpt. Krzysztof Baranowski, Magazyn i Portal WIATR, Portal TAWERNA SKIPPEROW, PORTAL ZEGLARSKI